Dzisiaj przedmiotem analizy będzie kultowy utwór Czesława Janczarskiego „Jak Wojtek został strażakiem”. Tekst analizowany był od nie pamiętnych czasów w klasach I – III, czyli jak mówimy dzisiaj w nauczaniu zintegrowanym.
Utwór pisany wierszem opowiada historię Wojtka, który chciał zostać strażakiem, ale mu nie pozwolono, bo był za młody. Cierpiał biedak z tego powodu bardzo. Chodził pod remizę i wzdychał do strażackich hełmów. Wstępował też na koncerty orkiestry strażackiej oraz wiejskie potupaje zwane zabawami, podczas których strażacy przygrywali do tańca. Chłopak zaczął miewać epizody depresyjne. I nie wiadomo, jak długo Wojtek tak chodziłby i chodziłby z tą depresją, gdyby nie odrobina szczęścia.
Było upalne lato, strzechy na dachach wyschły i nadciągnęła burza z wyładowaniami. Taki jeden piorun trzasnął w taki jeden dom i wybuchł pożar. Strażacy przebywali wówczas w polu, a we wsi ostał się jeno Wojtek i dziecko o imieniu Henio. Dziecko, jak w każdej sensacyjnej historii, oczywiście było w płonącym domu. Wojtek wyskoczył z własnej chaty, wskoczył do płonącej, zabrał Henia i zadzwonił… przepraszam, zagalopowałam się, uderzył w dzwon i zwołał ludzi od gaszenia ognia. Ci oczywiście porzucili zboże, owies i pszenicę i przybiegli ratować płonący dom. Historia oczywiście z happy endem – Wojtek został strażakiem ochotniczej straży pożarnej w Kozich Różkach. Nagły awans z wiejskiego chłopaka na strażaka polegał jednak na złamaniu dużej ilości przepisów prawnych i moralnych.
Po pierwsze, jak wynika z tekstu, Wojtek był małoletni. Takich nie przyjmuje się do wykonywania niebezpiecznych zajęć. Oczywiście w dzwon mógł walić, ale na akcje już nie mógł jeździć. Zatem prawdziwym strażakiem zostać nie mógł, a jeśli został, to postąpiono wbrew prawu.
Po drugie, dlaczego Wojtek pozostał we wsi, kiedy wszyscy pracowali w polu? Może był to po prostu leń, wałkoń i nierób? Normalny małolat mieszkający we wsi, w czasie wakacji pomaga rodzicom. A ten nie, proszę, został sobie w ogrodzie i marzył, by zostać strażakiem. Postać o wątpliwej moralności.
Po trzecie, sposób pozyskiwania strażaków do służby też budzi wątpliwości. Zdaniem szefa z Kozich Różków, Wojtek musi zmienić się w Wojciecha. Kiedy i w jakich okolicznościach to miało nastąpić, nie wiadomo. Czy w momencie uzyskania prawa wyborczego biernego, czy czynnego, a może w momencie …. no jakby tu powiedzieć, żeby nie urazić...no, w momencie uzyskania dojrzałości płciowej pod pierzyną... Słowem – brak jakichkolwiek zasad dotyczących przyjmowania do straży.
Po czwarte, o czymś takich jak przeszkolenie, znajomość zasad BHP nie trzeba chyba wspominać. W prezentowanej w utworze organizacji ochotniczej nikt pewnie nawet nie słyszał o czymś takim.
I po piąte, kto zostawia dziecko same w domu i lezie w pole! Jakie konsekwencje ponieśli rodzice małego Henia, którego uratował Wojtek? Aha, to nie ma nic wspólnego z bohaterskim czynem? W porzo, spoko, ten temat na inny czas...
Z której strony jednak nie patrzeć, Wojtek został strażakiem za zasługi, przepraszam, za jedną zasługę. Zupełnie mu wystarczyła, żeby usiąść jako pierwszy w strażackim wozie, tuż obok komendanta, podczas gdy inni, starsi, bardziej wyszkoleni, bardziej zasłużeni zostali przesunięci do tyłu. Można by rzec, że tytuł pierwszego strażaka przypadł Wojtkowi w ramach „honoris causa”, można przytoczyć znaną na przełomie tal 40/50 ubiegłego wieku mądrość „Nie matura a chęć szczera, zrobią z ciebie oficera”.
W dzisiejszych czasach również mamy takie dziwne awanse.
Był kiedyś taki przypadek, kiedy młody chłopak, polityczny małolat, ze stanowiska aptekarza awansował na stanowisko rzecznika i pełnomocnika. Otrzymał nawet Złoty Medal za Zasługi dla Obronności Kraju.
Drugim przykładem był awans od kaprala do pułkownika, czyli o siedemnaście stopni, uzyskany przez szefa ważnej państwowej organizacji od bezpieczeństwa wewnętrznego. Człowiek dokonał tego w ciągu półtora roku. Dziennikarze stwierdzili, że prawdopodobnie nikt przed nim nie awansował w takim tempie.
Jak to nikt, a Wojtek, który został strażakiem? Zatem wszystkim szybko awansującym dedykuję ostatnie wersy kultowej opowieści Janczarskiego, a innych – po prostu ostrzegam! Uciekajcie z drogi, gdy tacy nadciągają.
Patrzcie, patrzcie, ludzie,
To nasi strażacy!
Śpieszą na ratunek.
Uciekajmy z drogi!
Niech żyją strażacy,
Co nie znają trwogi!!!

Komentarze
Prześlij komentarz