500+ a literatura polska



Dziś zajmiemy się analizą literatury pod kątem wielodzietności, bo to temat na czasie. Jest program rządowy 500+, który ma zachęcić ludzi do większego rozmnażania się w celu uniknięcia unicestwienia rodzaju ludzkiego w granicach Rzeczpospolitej, już nie ludowej, przypominam.

Kiedyś byliśmy płodnym narodem, teraz w wyniku odzyskania wolności i rozwoju demokracji rozmnażać jakoś nam się nie chce. Być może przykład płynie z góry, bo narodem religijnym jesteśmy, a taki Bóg miał tylko jednego syna. Gdybyśmy byli wyznawcami religii starożytnych Greków, już moglibyśmy wzór do naśladowania mieć. Taki Zeus, grecki bóg wszystkich greckich bogów, miał aż 71 dzieci (piszę cyfrą, bo mam kłopot z odmianą tego liczebnika zbiorowego). Uda się wam policzyć, ile dziś zgarnąłby w Polsce z programu rządowego?

Dobra, zostawmy Zeusa, zajmijmy się lekturami podstawowymi. Listę mam przed sobą i cóż ja widzę? Nic prawie nie widzę. Jeśli uznaliśmy, że mitologia grecka to religia, nie zaś literatura, w pozostałych tekstach dzieci brak. Nikt wielodzietności nie promuje. Wprost przeciwnie. Propagowany jest celibat!

Taki święty Aleksy ze Średniowiecza na przykład. Ożenił się i zwiał z alkowy prosto do Ziemi Świętej. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego został świętym, skoro nie wypełnił obowiązku małżeńskiego, a małżeństwo to sakrament… Cóż, niezbadane są wyroki kapłanów…

W kolejnych latach też jakoś z dziećmi krucho. W baroku, kiedy króluje poezja dworska z takimi utworami jak na przykład „Nagrobek kur...ie” Morsztyna, czy tego samego poety drugi nagrobek, tym razem „kusiowi”, również powinny pojawić się dzieci. W porzo, złe przykłady, jeśli nagrobek to znaczy się, że rozmnażać nie było się komu i czym, bo wszystko poległo.

I dopiero w pozytywizmie, w czasach rodzącego się kapitalizmu, a tuż zaraz po nim socjalizmu, w literaturze pojawiają się dzieci. Nie do końca tak, jak sobie program 500+ życzył, ale jakieś światełko w tunelu jest.

Książki Sienkiewicza dziećmi się z reguły kończą. W „Ogniu z mieczem” Skrzetuski poślubia Helenę i na pewną będą z tego dzieci, czyli jest szansa na 500+. Analogicznie – w „Potopie”. Finałem „Krzyżaków” jest potomstwo Zbyszka i Jagienki – cztery sztuki (3x500+). W „Rodzinie Połanieckich” spora gromadkę dzieci ma Bigiel – wspólnik Stanisława. Sam Stanisław żeni się z Marynią, na końcu powieści maja jedno dziecko, ale szansa na 500+ jest wyraźnie wskazana.

Dopiero jednak Eliza Orzeszkowa doceniła znaczenie potomstwa w rozwoju cywilizacyjnym naszego kraju. Do swej powieści „Nad Niemnem” wprowadziła legendę o Janie i Cecylii. Przypomnijmy.

Jan był chłopem, znaczy się rolnikiem, Cecylia szlachcianką. Przybyli na Litwę, która wówczas była Polską. Uciekali prawdopodobnie od rodziców Cecylii, bo tym nie spodobał się kandydat na zięcia chłopskiego pochodzenia. Zamieszkali w puszczy litewskiej, nad brzegiem rzeki Niemen. Pod samotnym dębem zbudowali chatę. Przez wiele lat pracowali i rozmnażali się. To znaczy chyba tylko Jan pracował, bo Cecylia była jak nie w ciąży, to w połogu. I teraz uwaga - dochowali się sześciu córek i sześciu synów! Każde z dzieci wkrótce miało swoje potomstwo ( pewnie też tak koło dychy) i ród rozrastał się. I tak powstała osada, potem wieś. Gdyby tak nadal się rozmnażali, wybudowaliby miasto większe niż Wilno. Król Zygmunt August w uznaniu za ciężką pracę, która przysporzyła ojczyźnie bogactwa i narodu nadał całemu rodowi tytuł szlachecki i nazwisko Bohatyrowiczów.
To był taki renesansowy programu 500+! 

Czy się sprawdził? Jasne, że nie. Nasi bohaterowie marzyli o czymś więcej. Że król najstarszego wnuka zabierze ze sobą i uczyni pierwszym dworzaninem, średnią prawnuczkę wyda za szambelana, a najmłodszy przyuczy się do zawodu rycerza. A tu nic. Pento.

I przestali się rozmnażać, w wyniku czego wieś pozostało wsią i bieda zagościła w domach Bohatyrowiczów. Potomkowie Jana, żyjący w XIX wieku, wykłócali się z dworem o wypas bydła, ręcznie żęli zboże i młócili.

Potem pojawiły się dzieci w „Nocach i dniach” oraz „Chłopach”. Ale była ich garstka, chociaż rodzice żyli powyżej przeciętnej. Niechcicowie mieli trójkę potomstwa, niejaki Boryna też trójkę, chociaż zaliczył kilka żon.

I na tym dziś koniec. Bo więcej rodzin wielodzietnych w lekturach szkolnych nie ma.



Komentarze