UCZTA U WIERZYNKA (Bronisław Abramowicz)
Dzisiaj zapraszam was na prawdziwy melanż. Będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało! Wszystko będzie tak jak zwykle w piątek lub sobotę, kiedy współczesny naród polski balanguje!
A balangował od dawnien dawna, bo dziś zapraszam na balangę renesansową, czyli przenosimy się w wiek XVI, na królewski dwór. Akurat praktykę, inaczej staż, odbywa młody, świetnie zapowiadający się dworzanin, Jaś Kochanowski. Jako że wówczas kamer nie było, komórek też jeszcze nie znano, ba, gazet też nie drukowano, rzeczywistość utrwalano na papierze w postaci utworów literackich. Taki tekst potem przepisywano i krążył on pośród dworzan, kucharzy oraz urzędasów królewskich. I właśnie nasz świetnie zapowiadający się dworzanin Jaś po pewnej nocnej balandze postanowił skrobnąć gęsim piórem coś, co nazwał fraszką, a nosi to tytuł „O doktorze Hiszpanie”. Jako że utwór krótki, przytoczę go w całości:
Dzisiaj zapraszam was na prawdziwy melanż. Będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało! Wszystko będzie tak jak zwykle w piątek lub sobotę, kiedy współczesny naród polski balanguje!
A balangował od dawnien dawna, bo dziś zapraszam na balangę renesansową, czyli przenosimy się w wiek XVI, na królewski dwór. Akurat praktykę, inaczej staż, odbywa młody, świetnie zapowiadający się dworzanin, Jaś Kochanowski. Jako że wówczas kamer nie było, komórek też jeszcze nie znano, ba, gazet też nie drukowano, rzeczywistość utrwalano na papierze w postaci utworów literackich. Taki tekst potem przepisywano i krążył on pośród dworzan, kucharzy oraz urzędasów królewskich. I właśnie nasz świetnie zapowiadający się dworzanin Jaś po pewnej nocnej balandze postanowił skrobnąć gęsim piórem coś, co nazwał fraszką, a nosi to tytuł „O doktorze Hiszpanie”. Jako że utwór krótki, przytoczę go w całości:
„Nasz dobry doktor spać się od nas bierze,
Ani chce z nami doczekać wieczerze”.
„Dajcie mu pokój! najdziem go w pościeli,
A sami przedsię bywajmy weseli!”
„Już po wieczerzy, pódźmy do Hiszpana!”
„Ba, wierę, pódźmy, ale nie bez dzbana”.
„Puszczaj, doktorze, towarzyszu miły!”
Doktor nie puścił, ale drzwi puściły.
„Jedna nie wadzi, daj ci Boże zdrowie!”
„By jeno jedna" - doktor na to powie.
Od jednej przyszło aż więc do dziewiąci,
A doktorowi mózg się we łbie mąci.
„Trudny - powiada - mój rząd z tymi pany:
Szedłem spać trzeźwo, a wstanę pijany”.
Co, nie rozumiecie? Dobra, przetłumaczę wam z polskiego na nasze, znaczy się ze staropolskiego na współczesny. Opis jest tego wart.
Otóż utwór to rozmowa nieznanej ilości osób, które spędzają wesoło czas. Jest wśród nich tytułowy doktor Hiszpan, postać autentyczna, czyli doktor nauk prawniczych i poeta Piotr Rojzjusz, spolonizowany Hiszpan, który był nauczycielem na Akademii Krakowskiej. Mieszkał i stołował się na dworze królewskim.
Widzicie jak kiedyś dobrze belfrom było…pomarzyć rado pedagogiczna, pomarzyć…
Wydarzenia rozgrywają się podczas klasycznego, renesansowego melanżu, podczas którego ówczesny alkohol leje się strumieniami. Możemy jedynie domyślać się, co pili dworzanie, gdyż nazw trunków w wierszu nie podano. Hiszpan miał głowę znacznie słabszą od towarzyszy balangi i postanowił wcześniej opuścić imprezę. Zachował się przyzwoicie, bo jak człek naje…, to do domu ( to nie, to bracia Figo Fagot).
Doktor poszedł zatem spać do swej kwatery. I to wnerwiło kumpli. Jak to, nie chce dalej pić, a przecież jeszcze kolacji nie ma, jeszcze sikorki się nie zjawiły, do rana jeszcze daleko. Oburzenie jednak minęło, kiedy na stół wjechało pieczyste polane obficie wysokoprocentowym miodem. Kumple machnęli ręką na odchodzącego. A niech se idzie, wiemy, gdzie mieszka, jak nam się zechce, to go znajdziemy i obudzimy! A teraz pijemy dalej. Mamy silniejsze głowy niż ten śródziemnomorski Hiszpanek!
I tak sobie jedli, pili, pili, jedli, aż wreszcie postanowili zamysł odwiedzenia kumpla wprowadzić w życie. Zwłaszcza, że obsługa kuchni poszła już spać i nie miał kto podawać zagrychy i popitki. Do tego sprzątaczki wrzasnęły, że też mają rodziny i po godzinach zostawać nie będą. Trzeba było wynosić się w inne miejsce, bo noc jeszcze młoda była. Najlepiej oczywiście do Hiszpana, który już trochę przetrzeźwiał i mógł pić dalej. Zabrali ze sobą dzban z alkoholem i to chyba nie jeden. Balanga miała bowiem trwać nadal. Stanęli pod zamkniętymi drzwiami i rozpoczęli tradycyjne polskie walenie w drewno. Puk, puk, łup, łup! To my, koledzy. Nie napijesz się z nami? No nie bądź świnia, napij się.
Efekt?
„Doktor nie puścił, ale drzwi puściły”.
Po prostu siła zalanego polskiego dworzanina z XVI wieku była tak wielka, że wielkie, zrobione z drzew puszczy białowieskiej drzwi, nie wytrzymały. Towarzystwo wparowało do komnaty będącego już na kacu doktora. W takim wypadku najlepszy jest klasyczny klinik, czyli czym się skaleczyłeś, tym się lecz. Hiszpan wypił jednego, nazwijmy drinka, ( nie wiemy w czym kumple podwali alkohol skacowanemu koledze) potem drugiego, trzeciego… W sumie było tego dziewięć porcji. Zamiast wyleczyć kaca, doktor upił się do nieprzytomności. Mózg się mu w głowie zmącił, znaczy poprzestawiał. Ale jeszcze zachował trochę logicznego myślenia, bo udało się Hiszpanowi wysunąć niezwykle cenny wniosek:
„Szedłem spać trzeźwo, a wstanę pijany”.
Jakie zatem wnioski wysuwamy z utworu? Po pierwsze – pili nasi przodkowie, my pijąc kultywujemy jedynie tradycję. Po drugie – melanże odbywały się na dworze królewski, znaczy przy aprobacie władcy, nie miejmy zatem pretensji do obecnych rządzących, że sobie też coś łykną. Po trzecie – kac zawsze jest taki sam.

Komentarze
Prześlij komentarz