Dziewięćsił bezłodygowych - "Siłaczka"


Dzisiaj zapraszam Was do rozważań na temat bardzo popularnego opowiadania Stefana Żeromskiego o specyficznym tytule „Siłaczka”. Wbrew tytułowi, nie będziemy mówić dzisiaj o kobietach uprawiających kulturystykę w stylu strongman. O kobietach w ogóle mało będziemy dziś mówić, bo bohaterem opowiadania jest mężczyzna. Taki męski szowinizm. Niby babski tytuł, a jednak o facecie.

Wszystko dzieje się w takim gminnym, no może powiatowym, miasteczku o ciekawej nazwie – Obrzydłówek. Będzie zatem obrzydliwie na miarę drugiej połowy XIX wieku.
Zaczyna się od tego, że facet - doktor Paweł Obarecki, czyli lekarz bez doktoratu, ubolewa sam nad sobą. Nic mu się nie podoba. Ani gra w karty, ( takie prawdziwe, nie w laptopie), ani ludzie, z którymi grał. A nie był to byle kto: ksiądz, aptekarz, naczelnik poczty oraz sędzia. Słowem cała elita finansowo-towarzyska obrzydliwego Obrzydłówka.
Siedzi sobie zatem Obarecki i wspomina, jak to los rzucił go do owego miasteczka. Nie było tu lekarza i taki ówczesny Narodowy Fundusz Zdrowia wysłał go na staż. Było to zgodne z wolą stażysty, bo chciał on krzewić ideały wśród ubogich mas gminy i powiatu. Oczywiście świadczył swe usługi za darmo, bo kontrakt z NFZ zobowiązywał. Najpierw postanowił wszystkich wymyć, bo ludziska brudem pozarastali. I jakoś nie bardzo mu to szło. Naród oporny był na szczotkę i mydło. Miasteczko śmierdziało niczym pole uprawne w okresie wywalania obornika, stąd nazwa „Obrzydłówek”.
Nawet próba przekupstwa w postaci rozdawania darmowych witamin, probiotyków i polopiryny, nie skłoniły mas miasteczkowych do umycia się. Jego działania nie spodobały się również jedynym czystym ludziom w postaci wyżej wymienionych elit, znaczy się księdzu, aptekarzowi, pocztowcowi i sędziemu. Wymienieni rozpowiadali, że Obarecki ma konszachty z diabłami i ma możliwość zamiany ludzi w zombie. Wtedy wybito mu szyby. Akurat zbiegło się to z ukończeniem stażu lekarskiego. W związku z oszczędnościami w służbie zdrowia, NFZ nie przedłużył kontraktu z doktorem. Ten jednak postanowił w miasteczku pozostać i otworzył legalny prywatny gabinet, w którym przyjmował tych czystych.
Interes kręcił się całkiem przyzwoicie. Nawet babkę sobie facet wynajął. Miała dwadzieścia cztery lata, a w obrzydliwym miasteczku nazywano takie panie gospodyniami.

I oto któregoś wieczora, zimą to było, a więc może nawet po południu, przyszedł do jego domu człowiek proszący o pomoc. Oczywiście z tych, co się nie myli. Co prawda Żeromski o tym nie wspomina, ale pewnie tak było - z cuchnącej kieszeni jeszcze bardziej cuchnących spodni wyjął monetę, bo przecież nasz lekarz prowadził praktykę prywatną. Znudzony nieustanną grą w karty i biadoleniem gospodyni Obarecki, postanowił się trochę rozerwać i ruszył pojazdem nie mechanicznym, znaczy się sańmi, do oddalonej o trzy mile wsi. Tam zachorowała nauczycielka – Stasia Bozowska. Kiedy ją Pawełek zobaczył, od razu rozpoznał w chorej i równie brudnej jak całe otoczenie swoją pierwsza miłość. Dziewczyna była w ciężkim stanie, bo chorowała na tyfus, a była to choroba rodząca się z brudu i nędzy. Nie powiem, wstrząsnęło to lekarzem. Wysłał człowieka do Obrzydłówka, by dostarczył odpowiednie lekarstwa. Człowiek, zwany tu parobkiem, ruszył w czas śnieżycy, mrozu, zawiei i zamieci w drogę.
W tym czasie doktor dowiedział się, że kobieta mieszka we wsi już trzy lata. Zapewne, o czym nie wspomina Żeromski, istniała tu kiedyś szkoła, którą władze gminy na posiedzeniu rady gminy, w wyniku demokratycznego głosowania, zamknęły ze względu na brak rentowności. Znaczy się dzieci było mało, a koszt utrzymania placówki oświatowej, nie do udźwignięcia przez ubogą i zabiedzoną gminę.
Dlaczego zatem Stasia została we wsi, bez środków do życia, bez mieszkania, samochodu internetu i komórki? Nie wiem, sorry moi kochani, nie wiem.
Siedzący przy jej łóżku lekarz też chyba do końca nie wiedział. Coś mu tam po głowie chodziła, że pozostała wierna swoim ideałom i udzielała bezpłatnych nauk ubogim mieszkańcom wsi, tak jak on kiedyś chciał za darmo leczyć ludzi. Jej co prawda nikt szyb nie powybijał, bo takowych nie miała. Przezornie okna zabiła deskami. Napisała nawet książkę „Fizyka dla ludu”, ale nie znalazła sponsora, by ją wydać. Książka zapewne wyjaśniała ludowi, że kiedyś i bogacz może stoczyć się po równi pochyłej, a grawitacja wszystkich do ziemi pociągnie.
Po sześciogodzinnym oczekiwaniu na parobka Paweł sam wyruszył po chininę. W południe, kiedy wrócił, Stasia już nie żyła. Paweł strasznie rozpaczał. Przestał grać w karty, wyrzucił swoją gospodynię, całymi dniami czytał Dantego i myślał. Myślał, myślał…. I co wymyślił? Nic nowego.
Trzeba wracać do normalnego życia. Grać w karty, bywać u aptekarza, słuchać księdza i liczyć się z sędzią. Ogólnie mówiąc life is brutal i żadne Stasie tego nie zmienią.
I z tym was zostawiam.

Komentarze